W skrócie to film pełen ludzi w czarnych piżamach. Krwawy i brutalny.
Ozunu to tajne stowarzyszenie zabójców, które liczy sobie tysiąc lat. Należą do niego tylko najwyżej wytrenowani zabójcy, czyli ninja. Zaczyna się od razu masakrą, obcinaniem głów i gejzerami krwi. Ale ninje wychodzą tylko po zmroku, więc znaczna część filmu toczy się w ciemności i widz musi się wysilać, by coś dostrzec.
A już najtrudniej doliczyć zabitych, bo już po pierwszych minutach liczba ofiar staje się abstrakcyjna. Rain jest znanym w Korei piosenkarzem, a tu gra okrutnego zabójcę i nie jest przekonujący. Wygląda, jakby urwał się właśnie z jakiegoś „boys band“. Wątek jest prosty – konflikt między braćmi, zdrada, zabójstwo ukochanej i w końcu ostateczna konfrontacja z użyciem wszelkiej możliwej broni. McTeigue chce po prostu zaspokoić u widza żadzę krwi na najprostszym możliwym poziomie.
Ninja Assassin
W rolach głównych: Sung Kang, Randall Duk Kim, Jonathan Chan-Pensley, Yuki Iwamoto, Ill-Young Kim, Ben Miles, Naomie Harris, Rain. Jedna i pół gwiazdki na cztery.
Reżyser: James McTeigue






