Ekipy ratunkowe pracują bez wytchnienia. Starają się trafić na jakikolwiek ślad ludzi, którzy mogą być pod gruzami elektrowni w Connecticut. W chwili wybuchu w niedzielę w elektrowni pracowało ok. 200 osób. Nadal nie odnaleziono kilkunastu ludzi. Jak dotąd potwierdzono 5 ofiar śmiertelnych.
Ratownicy i strażacy obawiają się, że ostateczna liczba zabitych może wzrosnąć. Elektrownia firmy Kleen Energy Systems jest w budowie i pracowało tam wielu kontraktorów. Nie wiadomo dokładnie ilu robotników zatrudniali kontraktorzy, co jeszcze bardziej utrudnia akcję ratunkową i dokładne policzenie ocalonych i zaginionych. W poniedziałek nadal nie istniała pełna lista zatrudnionych na budowie.
Jedynym dotąd zidentyfikowanym zabitym jest Raymond Dobratz († 57 l.) z pobliskiego Old Saybrook. Do szpitala przewieziono 12 rannych osób z obrażeniami.
Przyczyną tragedii był wybuch gazu ziemnego w głównym generatorze. W budynku, gdzie się znajduje pracowało akurat czterech robotników układających rury. Wszyscy zginęli na miejscu.
Jak zapewniał Al Santostefano, szef straży pożarnej w Middletown eksplozja i pożar nie spowodowały zagrożenia dla środowiska, ani dla miasta.
– Wybuch – choć potężny – ograniczony był do jednego bloku elektrowni. Najbliższe domy oddalone są o ponad milę – mówił Santostefano.
Dodał też, że trwa śledztwo w sprawie przyczyn wybuchu. Przypuszcza się, że powodem mogło być usuwanie zastałego gazu z rur, tzw. „purging”. Jest to procedura niezgodna z zasadami bezpieczeństwa. W czerwcu ub. r. w elektrowni w Karolinie Północnej zginęły cztery osoby – powodem także było tam usuwanie z rur resztek gazu.















